Gazeta Wyborcza 28 marca 1997
ON LEŻY W
GROBIE,
A JA UMARŁEM
Tekst: Irena Morawska
16 marca ubiegłego roku na klatce schodowej wieżowca przy ul. Tysiąclecia w Radomsku śmiertelnie pchnięto nożem 17-letniego Daniela Świtonia. W mieście mówią, że Daniel jest ofiarą walki skinów z punkami
Krystyna Świtoń, pakowaczka w
"Metalurgii", od roku w czerni, zapala znicz na grobie
syna. - Wyrósł mi pięknie. Do trumny się nie mieścił.
Musiałam zamawiać specjalną.
Grażyna W., kucharka w przedszkolu, wyciąga z portfela jedyny
list jaki jej syn Tomek napisał z więzienia: "Chciałbym,
żeby moje nieszczęście stało się dla braci motorem do zmiany
ich poglądów na życie..."
Urszula Z., inwalidka z zaćmą, sprzedała magnetowid i kupiła
od sąsiadki wersalkę dla syna. - W więzieniu Mariusz śpi na
twardym. Powiedzieliśmy sobie: "Niech już nigdy łóżko
nie kojarzy mu się z więzieniem".
Żadnych gangów nie ma
Komendant policji w Radomsku,
nadkomisarz Piotr Alberciak, twierdzi, że w Radomsku nie ma
żadnych gangów. Są kibice - "szalikowcy", ale
szumią tylko po meczach. A tak to jest spokój.
Szef miejscowej prokuratury, Włodzimierz Wiaderek, inaczej widzi
swoje miasto: - Dopóki to się nie zdarzyło, nie mieliśmy
pojęcia, że te nieformalne grupy istnieją i że są tak
agresywnie do siebie nastawione. W końcu lutego Sąd Wojewódzki
w Piotrkowie Trybunalskim wydał wyroki na sprawców napadów.
Winnym zabójstwa sąd uznał Tomasza W. Skazał go na 15 lat
więzienia. Pozostałym dwunastu (czterech nieletnich odpowiada z
wolnej stopy) zasądził od 2 do 3,5 lat pozbawienia wolności.
Do sądu wpłynęły dwa wnioski z prośbą o uzasadnienie
wyroku. Obrońca Tomasza W., mec. Wojciech Kilanowski, zamierza
wnieść apelację. Wyrok uważa za "absurdalnie
wysoki". - Ta śmierć to fatalny przypadek.
Prokurator Włodzimierz Wiaderek jest oburzony "łagodnym
potraktowaniem przez sąd głównego oskarżonego". -
Wnosiliśmy o 25 lat. Sąd zmienił kwalifikację artykułu i
dzięki temu zasądził niższą karę. To był bandycki,
kryminalny napad zorganizowanej grupy.
Punkobrudasy, wieśniaki
Mariusza Z., ("Zychu"),
inwalidę II stopnia, sąd uznał za "lidera ideologicznego
grupy", która zaatakowała Daniela i jego kolegów w
szalikach. Tę grupę "szalikowcy" nazywają
punkobrudasami albo "wieśniakami".
W więzieniu "Zychu" skończył 23 lata. Tomek, uznany
winnym zabójstwa Daniela - 21. Siedzi w ciemnej dżinsowej
kurtce w sali widzeń piotrkowskiego więzienia. Patrzy przed
siebie nieobecnym wzrokiem: - To miało być inaczej. Chcieliśmy
ich tylko postraszyć.
Z uśmiechem szłam na wywiadówki
Krystyna Świtoń po śmierci syna
kilka miesięcy przebywała na zwolnieniu. W nocy szloch niósł
się po klatkach dziesięciopiętrowego wieżowca. Sąsiedzi
brali urlopy, by się nią opiekować. Rok wcześniej pochowała
męża.
- Wypić lubił, ale za dziećmi był bardzo.
Ze zdjęć opatrzonych czarną aksamitką, rozstawionych na
regale, łagodnie patrzy Daniel. - Z uśmiechem szłam na
wywiadówki - mówi Krystyna. Ociera oczy, woła córkę: -
Powiedz, jaki był. I sama mówi: - Odkurzył, łóżko posłał,
zakupy robił... 14-letnia Kasia w milczeniu potakuje głową.
Matka wyrzuca z siebie: - Anioła zabili!
Sąsiadki z piętra dodają: Niejedna chciałaby mieć takiego
syna. Czy Krystyna wiedziała, że Daniel przyjaźni się z
"szalikowcami"?
- Mecze kochał. Ale jak wracałam z drugiej zmiany, po
dziesiątej w nocy - zawsze był w domu. Kolację córce zrobił
i mówił: "Jedz, bo powiem mamie".
Młodzież według Roberta
Radomsko w woj. piotrkowskim ma
blisko pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, trzynaście
kościołów, kilka szkół średnich, kilka fabryk państwowych,
dobrze prosperujące firmy prywatne.
Bezrobocie tuszuje szara strefa przemysłu drzewnego. Na czarno
powstają tu krzesła, stoły, szafy i łóżka. W okręgu
łódzkim Radomsko wyróżnia się największą liczbą
zachodnich samochodów.
Ale, jak podkreśla młodzież, prawdziwą dumą miasta jest
Radomszczański Klub Sportowy (RKS). A w nim piłka nożna.
Kolega zabitego Daniela 19-letni Robert P. ("ksywa
nieważna") dzieli młodzież miasta na trzy grupy: pierwsza
to kibice, druga - ci, co siedzą w domach albo barach. - A
trzecia to punki, czyli śmiecie.
Robert uczy się w wieczorowym technikum mechanicznym. - Na 46
osób w klasie dwie pracują, reszta się snuje. Żyje od meczu
do meczu.
Kiedy dwa lata temu RKS wszedł do II ligi, na murach Radomska
pojawiły się napisy: "Polska dla Polaków",
"Brudasy won", "Punk is dead".
Część "szalikowców" włożyła flayersy i glany.
"Gdynia", "Dudi", "Barwin",
Willow", "Profesor" (i wielu innych) ogolili
głowy na zero. Zaczęli "czyścić miasto". Na
początek obrzucili kamieniami inwalidę na wózku za to, że
"wyglądem zaśmiecał" stadion podczas meczu.
Na dworcu
Tomek i "Zychu" poznali
się kilka lat temu w Jarocinie. Chodzili razem do klubu
Wahadło, gdzie odbywały się koncerty muzyki rockowej.
"Szalikowcom" nie przypadła do gustu. Były zadymy.
Klub zamknięto.
Do pracy w szlifierni "Metalurgii" Tomek dojeżdżał
autobusem z oddalonej o piętnaście kilometrów wioski Brudzice.
Dodatkowo - trzy razy w tygodniu pociągiem do technikum
mechanicznego w Częstochowie.
Z tłumu wyróżniały go nietypowe dla punkowego wyglądu
długie do pasa włosy oraz czarna skórzana kurtka i wysokie
buty. Z tego ubioru tłumaczył się podczas procesu o zabójstwo
Daniela: "Mój strój to podkreślenie inności,
demonstrowanie prawa do wolności osobistej. I tego, że nikt nie
ma prawa ingerencji w moje życie".
Ale tak nie było.
- Jakieś dwa lata temu napadło mnie na dworcu czterech łysych
- opowiada. - Wyzywali od brudasów, wieśniaków. Bili i kopali.
Myślał, że wzięli go za Rumuna, bo ma ciemną cerę. Ale
wyjaśnili, że nosi za długie włosy.
Podobne "przypadki" zaczęły spotykać na dworcu
innych długowłosych lub ubranych w wojskowe panterki
chłopaków z Brudzic i Gomulic, którzy dojeżdżali do szkół
albo do pracy. - Kroili nas z kurtek - wspomina brat Tomka, Erwin
(w spodniach z naszywką "niszcz nazizm"). - Bili,
grozili, ze spodni kazali wyskakiwać. Koleżankom wyrywali z
uszu kolczyki. Ten zabity, Daniel, skopał kiedyś naszą
koleżankę. Włodek, brat Erwina i Tomka, przyznaje, że
identyfikuje się z ruchem punk. Tomek nie był punkiem.
- Piękne snuł plany, poza wioskę wychodziły. Pierwszy w
rodzinie o studiach marzył - płacze matka. Wspomina, jak pewnej
nocy przyszedł zakrwawiony i padł na łóżko. - Nie chciał
zdradzić, co się stało. Skąd mogłam przypuszczać, że to
przez te długie włosy, w których tak mu było do twarzy?
Panterki i skalpele
Modę na noszenie wojskowych
panterek (tzw. kamuflaży), które tak drażnią
"szalikowców", wprowadził "Zychu". Już
jako czterolatek salutował każdemu żołnierzowi. Patrzył w
niebo za samolotami. Bezbłędnie rozróżni Iskrę od Wilgi.
Chciał być oficerem.
Ale zaćma i wojsko wykluczają się. Podobnie jak matka, nosi
grube szkła. Nieraz słyszał między blokami: "Ej, ty w
musztardówkach". Albo czytał na murach: "Skrzynka
wina za okulary Zycha".
Jakieś dwa lata temu poszedł na osiedle Starowiejska do kolegi
- punka "Kryształa". Pod osiedlowym sklepem, na
którym skinheadzi namalowali swastykę, gromadka piła piwo.
- Wyskoczyło kilku - opowiada "Zychu". - Skopali mnie,
wyzwali od brudasów.
Zgubił okulary. Po omacku dotarł do domu. - Zaczęliśmy ich
unikać - wspomina. - Baliśmy się nie tyle kijów
baseballowych, co skalpeli, którymi nas atakowali.
Nad prawą brwią "Zychu" ma bliznę. Pod ubraniem
więcej: - Jestem porysowany - mówi. - Na ramieniu, na plecach.
Gdy pierwszy raz wrócił do domu ze spływającą po twarzy
smugą krwi, matka zasłabła. "Uderzyłem się o jakiś
metal" - skłamał.
Jeszcze was nie zabili ?
Zajął się "szkołą
przetrwania": kompletował na ten temat książki i
wyruszał na kilka dni do lasu z saperką i plecakiem. -
Ćwiczyłem charakter. Tomek, jego bracia i koledzy z Brudzic i
Gomulic coraz bardziej bali się przyjazdów do Radomska. - Skini
wiedzieli, o której bywam na dworcu - wspomina Tomek. - W
kominiarkach czaili się za budką z biletami. Bili i kopali.
Czasem widziałem, jak odjeżdża mój ostatni autobus do domu,
ale z bólu nie mogłem się ruszyć. Nie zliczy, ile nocy
koczował na dworcu. Rano szedł do pracy. Po takich napadach
bolała go głowa i wielu szczegółów nie pamiętał.
- Kiedyś byłem jednym z lepszych z matematyki. Po napadach, gdy
stałem przy tablicy, to nie umiałem rozwiązać podstawowych
rachunków. Zamiast o liczeniu, myślałem o tym jak dojadę do
domu.
Opowiadali o tym podczas procesu przed Sądem Wojewódzkim w
Piotrkowie. I o tym, że kilkakrotnie zgłaszali napady policji.
Wspomina "Zychu": - Pokazałem ślady pobicia,
policjant odpowiedział: "Małe, nie ma co
protokołować". Starszy brat Tomka Włodek poskarżył
policji na skinheadów. - Policjant spojrzał na ufarbowane
włosy, na panterkowe spodnie, długie buty i zapytał:
"Jeszcze was nie zabili?".
Nadkomisarz Piotr Alberciak broni podwładnych: - Nie wyobrażam
sobie, by moi ludzie nie przyjęli jakiegoś zgłoszenia. Teraz
ci chłopcy opowiadają różne rzeczy, bo się bronią.
Prokurator Wiaderek też nie wierzy w to, co Tomek i jego koledzy
opowiadali przed sądem. - Przyjęliśmy to jako jedną z form
ich obrony.
Tomek płacze. - Czy ktoś, kto się nigdy nie bał, jest w
stanie zrozumieć strach? I wstyd przed kolegami. Sami szukali
sprawiedliwości: zbierali się czasem w kilku i urządzali
"wjazdy" (czyli bicie "szalikowców"). Przez
jakiś czas był spokój.
My jesteśmy od porządków
Czy któryś z
"szalikowców" oberwał chociaż raz tak, jak dostawał
"Zychu", Tomek i ich koledzy?
Pytanie rozśmiesza "szalikowców". - To my jesteśmy
od robienia porządku - mówi "Dudi". - Punki są
cienkie. A w nas jest "Polska siła".
"Gdynia", "Dudi", "Willow",
"Barwin", "Profesor" i kilku ich kolegów w
szalikach określają siebie jako narodowców. - Polska ma być
dla Polaków, a nie dla Żydów, Murzynów i innych brudasów -
wyjaśnia "Gdynia". - A brudasy mówią, że dla
wszystkich. Dlatego trzeba ich tępić. Jak karaluchy.
- I żeby nie zaśmiecali ojczyzny sobą i ideologią - dodaje
"Bunio", który walkę z "Zychem" i jego
kolegami nazywa wyrywaniem chwastów, bo tak mówi jego ojciec,
murarz.
- Siły dodaje nam świadomość, że dzięki takim jak my Polska
będzie kiedyś czysta i wolna - wyznaje "Profesor",
16-latek z zawodówki mechanicznej. - Jesteśmy dumni z
przynależności do Narodowego Odrodzenia Polski. Jeździmy do
Łodzi na szkolenia. Ostatnio było coś o Dmowskim.
Szefem NOP w Radomsku jest "Gdynia". - Niejeden marzy,
by do nas należeć - zdradza. - Ale u nas najpierw trzeba
przejść chrzest.
Chrzest - to odważne wyrażanie poglądów, noszenie na
flayersie naszywki z napisem "Polska", pisanie haseł n
amurach (np. "Jude raus") i wykazywanie się na
"wjazdach". - Lepsze pięści i kopy wobec śmiecia -
to większe szanse - uściśla "Profesor".
Niektórzy skinheadzi zdobywali "punkty za odwagę"
bijąc "wieśniaków" podczas zbierania pieniędzy na
Wielką Orkiestrę Jurka Owsiaka w styczniu ub. roku.
- Było nas już ponad trzydziestu, ale po "wydarzeniu"
niektórzy spękali - mówi "Gdynia".
Nabojki i żullandia
"Gdynia" (Radek W., syn
hydraulika i sprzątaczki) jest niewysoki i ma 21 lat. Uczy się
w pomaturalnym studium ekonomicznym. Od "Willowa"
pożyczył czerwoną baseballówkę. Spod daszka spoglądają
zimne, niebieskie oczy. Jak większość kolegów - nosi zieloną
flayerkę (pod spodem pomarańczowa) i biało-czerwony szalik.
W sobie nosi pesymizm. - Skończę szkołę i co? - pyta
zaczepnie. - Pójdę na bezrobocie, bo za pięć stów nie ma co
rąk brudzić. Hitler to był gość. Jak doszedł do władzy,
bezrobocie zlikwidował.
Wzorem dla nich są skinheadzi z Legionowa, którzy
"czyszcząc miasto" zabili dwóch kloszardów.
"Dudi" dodaje: - Daniel nie należał do NOP, ale i tak
go pomścimy, bo nasz koleś. Do tego zginął za zamiast mnie
albo kogoś. My to co innego: śmierć mamy wkalkulowaną.
Ich żywiołem są mecze.
- Tam się wyżywamy, odchamiamy, buzujemy i ćwiczymy charaktery
- tłumaczą. Kandydaci do nas muszą wykazać się bojowością
- wyjaśnia "Dudi". Są "nabojakami", czyli w
starciu z kibicami przeciwnej drużyny idą na pierwszy ogień.
Potem my, "official hooligans".
Podczas meczu siadają na "kotle", czyli na trawie za
bramką. Stamtąd zagrzewają RKS do boju. Klną głośno, gdy
ich drużyna przegrywa. I klną, gdy wygrywa. Miejsca na trybunie
nazywają "żullandią". - Tam siadają frajerzy i
żule - wyjaśnia "Gdynia".
Mistrz i Małgorzata
Daniel, który zginął na klatce
schodowej w sobotę 16 marca rok temu, nie opuścił żadnego
meczu. Gdy nie oglądał go z wujkiem na "żullandii"
siadał z "szalikowcami" na kotle. Ale szalika nie
miał. Ani zielonej kurtki z pomarańczową podszewką. Był
uczniem III klasy technikum mechanicznego. Zamierzał studiować
informatykę. Rok wcześniej przyniósł do domu książkę
"Mistrz i Małgorzata" - nagrodę za "bardzo dobre
wyniki w nauce, wzorowe sprawowanie i pracę w kółku
strzeleckim".
Matka pokazuje też "Słownik poprawnej polszczyzny".
Daniel dostał go za drugie miejsce w zawodach o "Srebrny
muszkiet". - Pewnie przyniósłby nową nagrodę, ale ci
zbrodniarze go zabili. I za co?
- Jeśli już kogoś palnął, to nigdy za darmo - odzywa się
Robert, "szalikowiec", kolega Daniela
("Dudiego", "Gdyni" i innych)
Krystyna tego nie słyszy. Mówi: - Wolał przebywać z kolegami
na klatce, niż snuć po mieście. Co to za miasto... tylko
winkle z pijakami. A na klatce czuł się jak w domu. W kapciach
wychodził. Ganiali się, czasem pluli, rozmawiali sobie. Jak to
dzieci.
Na ulicę w zbroi
W ostatnią Wigilię na wolności
"Zychu" odmówił pójścia z rodzicami do ciotki, na
osiedle Starowiejska. Gdy zdziwieni nalegali, zapytał:
"Chcecie, żeby na waszych oczach krzywdę mi
zrobili?".
Wtedy Urszula usłyszała, że są "jacyś łysi",
jakaś "Polska dla Polaków" i że jej syn jest
zwolennikiem ruchu antyfaszystowskiego.
Nalegała, by zgłosił prokuraturze.
- Ale był uparty, a ja za mało stanowcza - wyrzuca sobie
Urszula.
Żeby obronić się przed "rysowaniem skalpelem po
ciele", "Zychu" zrobił sobie metalową zbroję
(połączone dwie blachy, które chronią tułów). Wkładał ją
pod panterkę. Ale kolegom nie powiedział. Wstydził się, że
"mięczak".
"Szalikowcy" o "Zychu": - To twarda sztuka.
Kopało go 20, a on podnosił się i szedł o własnych siłach.
Była wiosna ubiegłego roku. Na 21 marca środowiska
antyfaszystowskie w kraju planowały manifestacje przeciw
nacjonalizmowi. Tomek, jego bracia, "Zychu" i ich
koledzy wybierali się na manifestację do Bełchatowa.
"Szalikowcy" o tym wiedzieli. Zaczepiali częściej
niż zwykle.
Wspomina Tomek: - Kiedyś dwóch złapało mnie za ręce, a
dwóch straszyło nożem, że wydłubią mi oczy. Było to mniej
więcej wtedy, gdy w Łodzi trwał głośny proces mężczyzny ze
Zgierza, który wydłubał oczy pasażerowi w tramwaju.
- Po tym napadzie zacząłem się tak bać, że jeździłem tylko
na klasówki, stopni nałapać.
Żeby uniknąć przebywania na stacji, Tomek kupił zużyty
motor. Zamierzał go wyremontować i jeździć nim do pracy i do
szkoły.
Na krótko "przed wydarzeniem" do "Zycha"
zastukali "szalikowcy". Próbowali wyciągnąć go z
domu, namówić na walkę "punków ze skinami" gdzieś
"na gruncie neutralnym". Odmówił.
- Tydzień później powiedzieli, że mnie zabiją - wspomina
"Zychu".
-Gromada w pomarańczowych flayersach skopała mnie pod
wieżowcem przy ul. Tysiąclecia. Zgłosiłem policji. Policjant
znów mnie olał.
Następnego dnia przeczytał na murze: "Zychu
zginiesz".
Siedemnastu idzie przez miasto
Postanowili: w sobotę 16 marca
urządzą "wjazd" na "szalikowców".
Rozpowiedzieli wśród znajomych: skrzywdzeni niech przyjdą. Na
dworzec w Radomsku stawiło się siedemnastu,
"naznaczonych" z Brudzic, Gomulic i Radomska. Wiek: 16
- 22 lata. Pod kurtkami skryli łańcuchy, kije baseballowe,
pałki metalowe i drewniane. Tomek miał myśliwski nóż.
- Pomyślałem: jak zobaczą go, może w przyszłości przestaną
się nade mną znęcać.
Ruszyli pieszo przez miasto. Przed godziną 19 dotarli na osiedle
Starowiejska. Zobaczył ich "Willow", zaczął
uciekać. Tomek pobiegł za nim z nożem. Nim "Willow"
skrył się w klatce z domofonem, Tomek przejechał mu nożem po
flayerce. Z klubu Karo wyszli co odważniejsi. W ruch poszły
pięści, kije i kamienie. "Gdynia" z "Dudim"
skryli się w klubie. Właściciel zamknął drzwi na klucz i
powiedział, że wezwał policję (w sądzie właściciele klubu
nie mogli sobie przypomnieć wydarzenia sprzed roku. Ale
wspomnieli, że niegdyś "szalikowcy" mieli zakaz
wstępu do ich klubu za "picie, przeklinanie i rozwalenie
drzwi wejściowych").
Grupa odeszła. Policja się nie zjawiła.
- Starcie ze skinami rozogniło nas - wspomina "Zychu".
- Wstąpiła w nas jakaś agresja. Poczuliśmy się silni.
Któryś powiedział, że na klatce w wieżowcu przy ul.
Tysiąclecia przesiadują pozostali "szalikowcy".
Ruszyliśmy tam.
Wracaj, bo kolacja wystygnie
Daniel skończył właśnie
odkurzanie mieszkania. Matka krzątał się przy kolacji. -
Koledzy zastukali po niego. "Tylko szybko" -
powiedziałam - bo parówki wystygną.
Siedemnastu chłopaków pod blokiem zobaczyło przez szybę
jakieś sylwetki. Rafał S. ("Zośka") udał się na
rekonesans. Potwierdził, że na klatce stoją "szalikowcy.
Był z nimi "szalikowiec" "Grobelniak",
któremu każdy chciał dołożyć, bo rzadko bywał w kominiarce
i łatwo dał się zidentyfikować. (Potem "Grobelniak"
zakazał kolegom mówić policji, że był z nimi na klatce).
Chłopcy nałożyli kominiarki, wyjęli "sprzęt",
podzieli się na grupy: jedenastu wjechało dwiema windami (z
dwóch stron klatki, na której stał Daniel z kolegami) na
piętro wyżej. Sześciu zostało pod blokiem "na wszelki
wypadek".
Daniel stał z kolegami między czwartym a piątym piętrem. Z
góry zbiegło jedenastu w kominiarkach.
"Akcja" trwała minutę, może dwie: mocne razy
pięściami, pałkami, łańcuchami, kopniaki i popychanki. Był
w tej kotłowaninie Tomek z nożem myśliwskim. Pamięta, że
wcześniej go wyjął.
Nagle Daniel zbiegł po schodach. Wpadł do sąsiadki, Iwony
Stypy, powiedział, że chce się umyć. I dodał: "Tylko
nic nie mów mamie".
Szalik w trumnie
Tomek, "Zychu" i reszta
wybiegli przed blok. Zdjęli kominiarki. Szli bez pośpiechu w
milczeniu.
W domu "Zychu" zjadł odsmażony obiad i usiadł przed
telewizorem. Tomek w swoim pokoju położył nóż na regale i
włączył telewizor.
Sąsiadka Iwona Stypa wpadła do Krystyny. Krzyknęła, że coś
z Danielem, bo upadł i krew z niego uchodzi. Krystyna wybiegła.
Uderzyła ją cisza na klatce. Tylko poręcze się trzęsły.
Pogotowie przyjechało po 20 minutach, choć siedzibę ma obok.
Na klatce policja znalazła drugi nóż, sprężynowy.
Komendant policji w Radomsku, nadkomisarz Piotr Alberciak, jest
dumny z akcji.
- W ciągu trzech godzin zabójców mieliśmy w areszcie.
Wspomina Tomek: - Nikt z nas nie wierzył, że ktoś nie żyje.
Myśleliśmy, że to prowokacja policji.
Jego matka, Grażyna, dodaje: - Policjant wziął nóż (do
ręki, a nie, jak w filmach, do foliowego woreczka) i ocenił:
"Tym to można przebić na wylot i czapkę na czubku
powiesić". Przed pogrzebem Daniela "szalikowcy"
zapytali Krystynę, czy mogą włożyć szalik do trumny.
- Nawet nie wiedziałam, że tak bardzo marzył o szaliku -
wyznaje matka. - Dlaczego mi o tym nie powiedział? Ale
położyli go w nogach, nie wokół szyi.
W pogrzebie udział wzięło kilka tysięcy osób. Na murach
pojawił się napis: "Zychu jesteś martwy".
"Szalikowcy" ułożyli pieśń ku czci Daniela:
"...punków powiesimy, Brudzice spalimy...". Na
cmentarzu w Brudzicach ktoś w nocy postawił sześć krzyży.
Wieś w przerażeniu pobiegła do księdza. Ksiądz próbował
coś wyjaśnić, ale bez skutku. Potem krzyże zniknęły.
Nie wiadomo, co się działo
Obrońca Tomka W., mec. Wojciech
Kilanowski, mówi, że nie rozumie, na jakiej podstawie sąd
ustalił winnego? Proces nie odpowiedział na pytanie, którym
nożem zabito Daniela. Sekcja zwłok to za mało, by to
określić. Sąd oparł się na domniemaniach. A w prawie karnym
domniemania nie istnieją.
Podczas procesu obrońca zażądał opinii biegłego psychologa,
by ustalić, "jaki wpływ na reakcje obronne oskarżonego i
jego kolegów miały wcześniejsze pobicia ich i czy pobicia te
mogły wywołać u nich agresję, nad którą nie mogli
zapanować".
Psycholog Janusz Tamilla nie dostrzegł związku. Uznał, że w
Radomsku miała miejsce walka skinów z punkami. Dodał, że
Tomek "w sposób świadomy przyjął identyfikację z
punkami i miał intelektualne możliwości do dokonania oceny
skutków tej przynależności". Mecenas Wojciech Kilanowski
wniósł też o przeprowadzenie wizji i tzw. eksperymentu
(odtworzenia przebiegu wydarzeń na klatce schodowej 16 marca ub.
roku) z udziałem biegłego sądowego. I poprosił, by na
podstawie wyników tego eksperymentu Instytut Ekspertyz Sądowych
z Krakowa wydał opinię, "czy jest możliwe, aby ktoś inny
mógł zadać cios nożem Danielowi Świtoniowi".
Sąd odrzucił wniosek. Decyzję uzasadnił m.in. tym, że
"oskarżeni oraz pokrzywdzeni nie potrafią szczegółowo
opisać przebiegu zdarzenia [...] z uwagi na panujące
zamieszanie...".
Mecenas Kilanowski zarzuca: - Jeśli nie wiadomo, co tam się
działo, na jakiej podstawie sąd wskazał winnego śmierci
chłopca? Nie przeprowadzono ekspertyzy noży. Dlaczego? Nie
wiem.
O to i wiele innych spraw dotyczących procesu chciałam zapytać
sędziego Bogdana Moraczewskiego, przewodniczącego składu
sędziowskiego, ale w dniu, w którym przyjechałam na rozmowę -
przebywał na zwolnieniu lekarskim.
Prokurator Włodzimierz Wiaderek: - Idąc na taką
"akcję" mieli tylko jeden cel: pokazać siłę, że
jest się lepiej zorganizowanym. Taki atak nie może być niczym
usprawiedliwiony. Napadli na czterech niewinnych chłopców.
Jeden z kolegów Daniela zeznał w sądzie, że Daniel pogonił
kiedyś punka, ale ten punk pobił kiedyś kolegę z jego bloku.
Tamto było snem?
Tomek siedzi w sali widzeń
piotrkowskiego więzienia. Drobny. W więzieniu spadło mu osiem
kilo. Nie pamięta, "jak to się stało". Ni wie: czy
to on, czy może ktoś "od tego drugiego noża". -
Wymieszało mi się wszystko. Kiedyś się zdrzemnąłem i
śniło mi się, że "tamto" było snem. - Chciałbym
być na miejscu Daniela. Leżeć w trumnie. Ciągle o tym
myślę.
Brudzice nie wierzą, że "ten mały, spokojny
chłopak" mógł to zrobić. Tu unika się słowa
"zabić".
Koledzy z pracy nie mówią o Tomku nic złego. - Koleżeński i
skromny - opowiada mistrz jednego z wydziałów ("Tu pracuje
matka zabitego, więc anonimowo poproszę").
- Nigdy nie pił. Nie palił nawet. Chodził po górach i
jaskiniach. Cytował nam fragmenty książek.
W więzieniu Tomek ucieka w książki. - W głowie taki mętlik,
że po pięć razy ten sam akapit czytam.
Mówi, że jedynym oddechem jest "Zmartwychwstanie" Lwa
Tołstoja. Polecił je do przeczytania braciom. To
"Zmartwychwstanie", a nie Biblia, którą przyniósł
ksiądz, pozwoliło mu spotkać Boga.
Byłem najstarszy
Matka Mariusza - "Zycha"
- ścisza radio. - Nie mogę słuchać wesołej muzyki, kiedy syn
jest w areszcie. Urszula nie używa słowa
"więzienie".
- Na początku chciałem sprowokować strażnika, żeby mnie
zastrzelił - opowiada Mariusz.
Napisał o tym rodzinie. Babcia dostała wylewu krwi do mózgu.
W pudełku po czekoladkach Urszula zgromadziła czterdzieści
listów od syna. W jednym z nich pisze: "Śniło mi się,
że byłem w wojskowym, a może więziennym samochodzie. W jego
włazie na dach wisiało ciało, do którego strzelałem z
karabinu. Z dziur lała się krew...".
Rozmawiam z "Zychem" w więziennej izbie widzeń. -
Matka Daniela powiedziała w sądzie, że gdyby mnie tam nie
było, jej syn by żył. Niestety, ona ma rację. Bo ja byłem
najstarszy i oni mi ufali. W śmierci Daniela widzę kawałek
własnej winy. I za to odpowiem. Ale odpowiem przed Bogiem, bo
sądowi nie ufam. Zza ciemnych okularów nie widać jego oczu. Na
prawe, to pod blizną, nie widzi od urodzenia. Na lewym ma plus
16. - Na początku mogłem czytać, teraz już nie. Jedynym
ukojeniem jest myśl, że za murem ktoś na mnie czeka.
Syn nie ogląda świata
"Szalikowcy" z Radomska
przestrzegają: - "Brudasy" nie mają tu po co wracać,
chyba że po śmierć.
Mecenas Kilanowski podjął się obrony Tomka, mimo sprzeciwu
żony i syna, którzy obawiają się zemsty skinów. Jego syn
Tomek studiuje prawo. Jest rówieśnikiem Tomka skazanego na 15
lat. Kocha mecze, ogląda je z "żullandii". - Ofiary
stały się sprawcami - komentuje mecenas. - To nie byli
chuligani. To normalni chłopcy, tylko wciąż zastraszani.
Prokurator Wiaderek potwierdza, że "chłopcy pochodzą z
normalnych domów". - Rodzice nie mieli z nimi żadnych
problemów. Tylko nie mieli pojęcia, że ich synowie trzymali
pod łóżkiem kije, pałki i noże.
Syn byłego policjanta, "Dziegdzieć", markuje
strzelanie: - Pif-paf! Śmieje się i mówi: - Mój stary trzyma
pod łóżkiem spluwy: "dziewiątkę" i
"dwunastkę".
Krystyna zapala znicz na grobie Daniela. - Ten płomyk to mój
synek. Płacze. - Jestem wierząca, ale zabójcy zasłużyli na
karę śmierci. Mój syn nie ogląda świata, niech i oni go
więcej nie zobaczą.
Tomek siedzi nad stertą wymiętych chusteczek higienicznych.
Skulony, wystraszony. Mówi, że jego proces nie odbywał się na
sali sądowej, tylko w nim - dotyk a kurtki na piersiach. -
Nieważne, jak to się skończy. Ja i tak już nigdy nie będę
wolny. Modlę się.
Tomek milknie na długą chwilę.
- Mam w środku czarną dziurę. Pusto. Umarłem - tak mogę o
sobie powiedzieć. Daniel leży w grobie, ale to ja jestem
nieżywy.